sobota, 30 marca 2013


Gruby ostrzega – to nie miejsce dla poety.
Nie czas dla kogoś młodego.
Powinieneś uciec nim szaleństwo
przybliży cię do mnie.
Tacy jak ty są moim pożywieniem.

Wybucham śmiechem – Gruby, czy to właśnie ty
chcesz podać mi rękę w ostatniej drodze?
Ty chcesz być moim przewodnikiem w krainie spokoju?

Jeśli teraz odejdziesz - to ja będę,
ja pójdę przed tobą, ja oświetlę ci drogę.
Lecz jeśli znasz jakiś powód do życia,
to możesz zostać w krainie upokorzeń
i udawać, że nie wiesz co ci zgotowano...

...złe uczyni cię niewolnikiem.
Zaczniesz płacić za przyjemności i podniety,
czołgając się ku nim i nie widząc celu.
Będziesz wiecznie tęsknił, nie wiedząc do czego.
Będziesz ciągle kochał nieistniejące kobiety.
Będziesz bez przerwy pragnął niemożliwego.
Będziesz błagał o natchnienie, nie czując niczego.
U kolan najgorszej kurwy nie jeden raz
będziesz się modlił lub odprawiał spowiedź.
Sprzedajny klecha da ci nawet rozgrzeszenie,
łudząc cię, że to coś zmieni, ale nic z tego!
Wtedy już wszystko będzie przesądzone.
Staniesz się podobny do mnie.
Pożresz samego siebie.
Pożresz swoją codzienność.
I nie przestaniesz być głodny,
a to będzie dopiero początek.
Na końcu nie będzie nikogo,
kto czekał by z pomocną dłonią
i w otchłań wejdziesz samotnie.



Lubisz sobie wyobrażać co ja poczuję,
gdy zapłaczesz lub zachorujesz.
Gdy urodzisz mi dzieci lub umrzesz.
Chcesz być szczęśliwa. Chcesz żebym cię kochał
i krzyczysz że ostre krawędzie mojego serca cię ranią.
To dobrze, że boli, to wspaniale, że krwią znaczysz
swój ślad i nieszczęściem.
Szczęśliwa niczego stworzysz,
a tak namalujesz kolejny obraz przedstawiający
deszcz lub płacz, wiatr lub strach.
We wszystkich kolorach lecz w czerni.
A może zrobisz to dla mnie wreszcie,
będziesz najpiękniejsza na świecie?


Słodkie gody i słodsze jeszcze spółkowanie,
a potem weselne przyjęcie Pod księżycami.
Grosz rzucony na szczęście do fontanny.
Wódka pita w nadmiarze, szynka i słodycze.

Czyjś ojciec umierał wtedy powoli,
komuś dziecko musiało się zatem rodzić,
a ja, głosem niedoskonałym, śpiewałem arie
z oper wyimaginowanych, o czarnym aksamicie,
białym jedwabiu i krwi na nim…

To wszystko już było, już setki razy się powtórzyło,
identyczne historie nikogo nie nudziły i nie zdumiewały.
W domu wczorajszego i dzisiejszego dnia
nowe jutro już czekało.
W domu dobra i zła bóg przymierzał nową twarz,
w zanadrzu miał najnowszą wersję prawdy,
ewangelię. Dobrych nowin więcej i bredni.

Nie czekam na nic, kiedyś czekałem.

Przyznaję, życie dawało mi satysfakcję,
ale nie sądzę by mogło dać więcej,
chyba, że mógłbym zapomnieć
przeszłość i zacząć od nowa.

Czuję nadciągający zmrok, dostrzegam
ostatnie drzwi za skłębioną zasłoną z żółtych motyli.
Dywan z miliona dolarów na schodach,
gotowe na wszystko dziewczyny po bokach
i głos znikąd, mówiący: ciało to mięso,
przedmiot rzucający cień, powłoka, której wnętrza nie widać.
I to miejsce nieznane, takim dla ciebie zostanie!
Biegnij lub tańcz, lub kochaj się znów godzinami,
wtedy może pozwolę ci wszystko wyrazić,
ale nie dzisiaj, nie tutaj, nie słowami.

Lato mi umknęło i jesień za nim,
w korowodach, festiwalach, karnawałach,
wszystko zapomniałem.


Kiedyś miasto przestanie mnie nęcić.
Kobiety kiedyś przestaną mnie zadowalać,
koka sycić, wódka koić. Kiedyś strach
przed śmiercią nie pozwoli mi już zasnąć.

Wtedy zacznę się modlić po swojemu.
Nową metodą w kolejnym milenium,
Kłamstwem, przekleństwem, zdradą.

Ten, który czeka na moje modlitwy
usłyszy i przyjdzie, przyniesie światło.
Nie będzie przyjacielem znanych bogów,
raczej ich wrogiem i następcą.
Pokręci się trochę, tu i tam,
wprowadzi nowe porządki,
przeprowadzi sąd.

A potem zabierze mnie ze sobą.
Dokąd ? Nie wiem, ale będę tam,
gdy i ty przybędziesz,
gdy krok postąpisz za daleko.


Przysyłasz mi bracie list z innej planety,
zza morza, z Los Angeles po drugiej stronie telewizora.
Piszesz, że już nie wrócisz do domu,
bo znalazłeś ogród – mieszkanie pana boga.
Spełniają się wszystkie twoje pragnienia
i jesteś już pewien zbawienia.
No cóż zapewne kalifornijski bóg
różni się znacznie od mazowieckiego
więc zbawienie w Hollywood musi być
czym innym niż na Grochowie.
Czyżby tam winni nie ponosili kary?
Bo tu widzisz nikt nie zaznaje spokoju.
Nawet sprawiedliwi nie dostają nagrody…

Nagle przychodzi ten dzień, kiedy zostają tylko gołe ręce
i rozpaczliwa modlitwa niewierzącego, a ta pochopnie
w młodości złożona przysięga, że wytrwam,
że się temu lękowi nie poddam i dojdę do celu
jest tylko źródłem dodatkowego cierpienia.

Blizny jaśnieją.
Czerń staje się ciemniejsza,
to nie poezja, to rockowa piosenka.
Dla niewinnej Martyny,
dla Wolfa i ołowianej kuli,
która wyszła mu na spotkanie,
dla Janka Bajeranta i dwustu
mechanicznych koni, które go stratowały,
dla Magdaleny, która nigdy nie istniała…

Zostań bracie w Hollywood,
daj się po amerykańsku zbawić.
Nie wracaj, bo widzisz, tu nie ma
miejsca dla mięczaków.


Czytam kōan jedno za drugim,
by się uczyć, ale niczego nie rozumiem.
Tradycyjne wartości nie liczą się dla mnie.
Tylko rozedrgane i rozełkane wnętrze,
ten niepokój, ta samotność, to co we mnie
i to co obok, pobudzające i ostateczne.
Na dobro ambon i szklanych ekranów
nie zwracam uwagi, realne zło mnie nie przeraża,
gwałcona prawda i sprawiedliwość, sztuka
niewolnica reklamy nie budzą mojego współczucia.
Ważne są tylko
godziny zapomnienia przygotowywane miesiącami
i orgazmy trwające ułamki sekund, chociaż okupione są
morderczym wysiłkiem i dziwnie podobne do śmierci,
przeżywam je chętnie, sycąc się ludzkim wstrętem,
pasąc lękiem i obrzydzeniem.
Jestem potworem pożerającym czas teraźniejszy.
Jestem potworem pożerającym piękno.
Kiedyś byłem inny lecz dojrzałem,
łatwowierność i nadzieja, ofiary mojego głodu
opuściły mnie. Z wiekiem nienawiść zajęła ich miejsce
lecz czas dobiega już końca,
pewność wyzwolenia – zemsta jest blisko.
Z łajna minionych stuleci ktoś wkrótce ulepi
wszystkich żyjących przede mną.
Tysiące proroków nawiedzą świat.
Dzieci niepokalanie poczęte
rodzić się będą na gnoju legionami
i zdychać tak samo, jak dawniej,
złożone ohydną zarazą lub w boju o nic.
W wigilię spełnienia, szóstego dnia, duch wcieli się
w dziwkę najmłodszą i najpiękniejszą na Ziemi.
Zawoła mnie tajemnym imieniem – zaklęciem.
Skinie na mnie, a ja tam będę,
choćby w lochu albo w kościele,
w masce Herberta lub Miłosza.
Oddech przed śmiercią, krok przed nią.
Kontemplując własną przeszłość,
niknąc, rozpływając się, igrając ze zbawieniem
nim nowy dzień wstanie beze mnie.


Mogłem trwać w bladym świetle tamtej strony
miliony lat. Mogłem spać, być wiecznym embrionem
i nie narodzić się wcale, a ja, chociaż się bałem,
zacząłem, by się działo. Wiedząc, że będzie bolało,
i że musi się skończyć wiecznością otchłani,
wyszedłem na wiatr.

Tak się stanie:
przecięte zostaną sznurki w teatrze lalek.
Zostanę rozgrzeszony gorącym ołowiem.
Zostanę nakarmiony piaskiem prawdy.

Myśl o mnie, módl się za mnie,
bo jestem ślepy, głuchy
i pozbawiony wszelkich uczuć.
Uszyj mi strój codzienny do kochania
i paradne ubranie na czas konania.
Pamiętaj, że jesteś moim bratem,
wiecznym piórem wyrwanym
z anielskich łap twojej trzeciej matki.

Pośród jej uczuć poruszamy się ostrożnie.
Manewrujemy z dbałością na drodze pełnej niewiadomych.
Rozpatrujemy wciąż nowe zmienne przestrzenne,
miliardy ich aspektów.  Rozmyślamy o nieubłaganym
upływie czasu i nieskończonej wielowymiarowości
wszelkiego bytowania. Czynimy ważne wybory
lecz one nie mają wpływu na dzień jutrzejszy,
matka i tak umrze.

Pokochaj zatem Annę, bo ona cię kocha
i uwielbia twój taniec, chociażbyś czysto eksperymentalnie
podrygiwał jak w transie w niej zawsze wzbudzasz zachwyt.
Kochaj ją chociaż nikogo to nie obchodzi.
Zaglądaj w jej oczy i mów do niej, bo to ją podnieca.
Czytaj z jej ust gdy udziela ci głośnych instrukcji
jak w nią wchodzić, jak ją lizać, jak ssać jej stopy,
bo ona po orgazmie nie westchnie i nie zaśnie.
Bo ona docenia twoją obecność, wie, że mogłeś zostać
w świetle księżyca, w towarzystwie zielnych żniwiarzy,
że mogłeś żyć w ich cieniu w półmroku,
pomiędzy zbawieniem, a własnym początkiem. 
Kochaj Annę, bo to ona jest tym tygrysem,
co skoczył w Nowy Rok przez rwący nurt potoku wydarzeń.
Bo ona dotknięta szaleństwem lub odwagą będzie trwać przy tobie.

Mógłbyś zrobić coś dla niej,
mógłbyś zabić ten świat albo mógłbyś zabić się sam.
Rozwikłałbyś jej problemy, dał wytchnienie,
nastałoby królestwo złego lub dobrego pana,
wszystko jedno, bo ci, co zostaną zapomną przeszłość
i czas zaczną liczyć od nowa.

Anna grywa dla ciebie na fortepianie niemal codziennie.
Śpiewa lub ukradkiem płacze, patrząc jak tańczysz dla niej
i wie co musi się zdarzyć gdy stanę w waszych drzwiach.
Rozpoznasz mnie z daleka, zawołasz po imieniu,
weźmiesz w ramiona powracającego,
a ja nie przestanę się modlić za ciebie:
daj mu boże słuch i zdrowie, i zabij tego potwora,
który ściga go we śnie krzycząc, że jest tobą.
I ten twój bóg mnie wysłucha, bo chociaż
marnotrawnym jestem, to kochanym synem
odważnych ludzi, którzy wyszli na wiatr i wytrwali,
dając mi tym samym duszę.