Przysyłasz mi bracie list z
innej planety,
zza morza, z Los Angeles po
drugiej stronie telewizora.
Piszesz, że już nie wrócisz
do domu,
bo znalazłeś ogród –
mieszkanie pana boga.
Spełniają się wszystkie twoje
pragnienia
i jesteś już pewien zbawienia.
No cóż zapewne kalifornijski
bóg
różni się znacznie od
mazowieckiego
więc zbawienie w Hollywood
musi być
czym innym niż na Grochowie.
Czyżby tam winni nie ponosili
kary?
Bo tu widzisz nikt nie
zaznaje spokoju.
Nawet sprawiedliwi nie
dostają nagrody…
Nagle przychodzi ten dzień,
kiedy zostają tylko gołe ręce
i rozpaczliwa modlitwa
niewierzącego, a ta pochopnie
w młodości złożona przysięga,
że wytrwam,
że się temu lękowi nie poddam
i dojdę do celu
jest tylko źródłem
dodatkowego cierpienia.
Blizny jaśnieją.
Czerń staje się ciemniejsza,
to nie poezja, to rockowa
piosenka.
Dla niewinnej Martyny,
dla Wolfa i ołowianej kuli,
która wyszła mu na spotkanie,
dla Janka Bajeranta i dwustu
mechanicznych koni, które go
stratowały,
dla Magdaleny, która nigdy
nie istniała…
Zostań bracie w Hollywood,
daj się po amerykańsku zbawić.
Nie wracaj, bo widzisz, tu
nie ma
miejsca dla mięczaków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz