sobota, 30 marca 2013


Przysyłasz mi bracie list z innej planety,
zza morza, z Los Angeles po drugiej stronie telewizora.
Piszesz, że już nie wrócisz do domu,
bo znalazłeś ogród – mieszkanie pana boga.
Spełniają się wszystkie twoje pragnienia
i jesteś już pewien zbawienia.
No cóż zapewne kalifornijski bóg
różni się znacznie od mazowieckiego
więc zbawienie w Hollywood musi być
czym innym niż na Grochowie.
Czyżby tam winni nie ponosili kary?
Bo tu widzisz nikt nie zaznaje spokoju.
Nawet sprawiedliwi nie dostają nagrody…

Nagle przychodzi ten dzień, kiedy zostają tylko gołe ręce
i rozpaczliwa modlitwa niewierzącego, a ta pochopnie
w młodości złożona przysięga, że wytrwam,
że się temu lękowi nie poddam i dojdę do celu
jest tylko źródłem dodatkowego cierpienia.

Blizny jaśnieją.
Czerń staje się ciemniejsza,
to nie poezja, to rockowa piosenka.
Dla niewinnej Martyny,
dla Wolfa i ołowianej kuli,
która wyszła mu na spotkanie,
dla Janka Bajeranta i dwustu
mechanicznych koni, które go stratowały,
dla Magdaleny, która nigdy nie istniała…

Zostań bracie w Hollywood,
daj się po amerykańsku zbawić.
Nie wracaj, bo widzisz, tu nie ma
miejsca dla mięczaków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz