Wiersze weszły we mnie w dniu
moich
piętnastych urodzin,
wszystkie jednocześnie.
Chciały to zrobić wcześniej,
ale broniłem się,
bo przyszły odebrać mi
dzieciństwo.
Uległem dopiero gdy upływ
czasu został ich
sprzymierzeńcem i od tamtej
chwili jestem nieszczęśliwy.
Miliony słów, które mnie
wtedy wypełniły
dzisiaj wypycha ze mnie jakaś
nieznana siła.
Trudno mi się z nimi
rozstawać bo jestem
dzieckiem niemowy i kiedy już
mówię, to boli.
Niedawno opuściła mnie chęć
do życia więc
wyjąłem z portfela stalową
fiolkę ostatecznego
zadośćuczynienia i gdy już ją
otwierałem,
dostrzegłem w wypolerowanej
powierzchni
odbicie długiego śladu liter
który po sobie
zostawiłem. I dotarło do mnie,
że chociaż prawie
nic nie pamiętam i jeszcze
mniej rozumiem,
chociaż nie wierzę w siebie
ani w boga
i jego obietnice, to ciągle
mam nadzieję,
że kiedy już opuszczą mnie
ostatnie wiersze,
w nagrodę za ich przechowanie
dostanę
nowe życie w świecie który
sam wymyślę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz