Domagasz się bym cię
zadowolił i zapłodnił.
Chcesz by syn się nam wkrótce
urodził,
ale ja jestem marzycielem,
nie ojcem
i dom nasz wypełniam snami,
nie dziecięcych stóp tupotem.
Rozwieszam ślepe lustra na
każdej ścianie.
Ty, poetka nie lubisz luster,
ale uwielbiasz odbijać się w
nich,
poddawać recenzji urodę twych
westchnień.
Robisz co tylko zechcę, gdy
moje lustra
chwalą twoją sukienkę. Kochasz
mnie
i doszukujesz się więzi
między nami
w kosmicznych
prawidłowościach, w ruchach planet,
we wpływie bliźniąt na
skorpiona, w naturze barana
lecz jedyne co nas łączy
należy do mnie.
Mam to zawsze przy sobie,
między nogami
i jak iluzjonista czynię to
twardym w tych rzadkich chwilach,
gdy zstępujesz z okładek
gazet i jesteśmy razem.
Stary świat umiera gdy
otwierasz usta.
Nowy nadchodzi gdy zanurzam
się w tobie.
Nasza rozmowa i nasze
spółkowanie mają
wymiar rytualny, jakbyśmy
składali ofiary,
dajemy sobie dowody miłości zamiast
niej samej.
Mnie to nie obchodzi, a ty
zapewne stworzysz
poemat o sztuce zabijania z
miłości
lub metaforyczną pieśń o
seksie
uprawianym za pomocą ząbkowanego
noża.
Potem wyczerpana pójdziesz na
spacer do parku.
To bardzo dobre miejsce dla
ciebie, bo ten park
świetnych poetów,
zawiedzionych kochanek,
grubych nastolatków, ich psów
i frisbee – latających
talerzy jest pełen.
A kiedy nocą znów staniesz w drzwiach,
ja kolejny raz będę próbował
pierwszą
płytę Davisa zmieszać z
gadaniem czuringi,
by złowić magię w sidła z brzmień
galaktyki
i ten stan umysłu – moje
wczoraj przywrócić
żeby mieć nieskończoną ilość
czasu przed sobą
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz