Za trzydzieści trzy minuty
będzie godzina piąta.
Łuna na niebie, to wschód
słońca nad Maską,
knajpą w starym porcie, gdzie
próbuję od wczoraj,
siedząc pod kolorowym
parasolem nad samą wodą,
zapić obezwładniający mnie
lęk przed przyszłością.
Kumple posnęli już zmęczeni
emocjami i piwem.
Łatwe panienki, które z nami
przyszły też drzemią.
Komety na mlecznej drodze
niezauważone minęły Ziemię.
Doktor Faust zniknął we mgle
znudzony mną.
Na odchodnym powiedział mi
jeszcze, że
muszę nauczyć się ludzkiej
mowy bo
języka, którym mówię nikt nie
rozumie
i nie jest to mowa aniołów, a
zwierzęcy skowyt.
Zostałem sam bez pocieszenia
i pocieszyciela.
Bóg wzywany po stokroć
milczał dostarczając
kolejnego dowodu na
niemożliwość zbawienia.
Jeszcze nie jestem senny. Drżąc
trochę z chłodu
tulę do siebie kruchą
nastoletnią
imitację Magdaleny - niemożliwej
miłości.
Ciepło jej ciała i pierwszy
promień słońca
przywodzą nieproszone
wspomnienia,
a po nich nagłe wyrzuty
sumienia, że
zasiewam zepsucie w duszy
tego maleństwa
by smakując jej niewinność,
wskrzesić dawno
minione uniesienia i uciec
przed śmiercią.
By chłonąc zapach jej oddechu
nabrać siły,
bo chociaż nie brakuje mi
jeszcze energii
żeby intensywnie przeżywać
codzienność,
to te brzaski, gdy ostatni
zostaję przy stole,
coraz bardziej mnie bolą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz