sobota, 30 marca 2013


Czytam kōan jedno za drugim,
by się uczyć, ale niczego nie rozumiem.
Tradycyjne wartości nie liczą się dla mnie.
Tylko rozedrgane i rozełkane wnętrze,
ten niepokój, ta samotność, to co we mnie
i to co obok, pobudzające i ostateczne.
Na dobro ambon i szklanych ekranów
nie zwracam uwagi, realne zło mnie nie przeraża,
gwałcona prawda i sprawiedliwość, sztuka
niewolnica reklamy nie budzą mojego współczucia.
Ważne są tylko
godziny zapomnienia przygotowywane miesiącami
i orgazmy trwające ułamki sekund, chociaż okupione są
morderczym wysiłkiem i dziwnie podobne do śmierci,
przeżywam je chętnie, sycąc się ludzkim wstrętem,
pasąc lękiem i obrzydzeniem.
Jestem potworem pożerającym czas teraźniejszy.
Jestem potworem pożerającym piękno.
Kiedyś byłem inny lecz dojrzałem,
łatwowierność i nadzieja, ofiary mojego głodu
opuściły mnie. Z wiekiem nienawiść zajęła ich miejsce
lecz czas dobiega już końca,
pewność wyzwolenia – zemsta jest blisko.
Z łajna minionych stuleci ktoś wkrótce ulepi
wszystkich żyjących przede mną.
Tysiące proroków nawiedzą świat.
Dzieci niepokalanie poczęte
rodzić się będą na gnoju legionami
i zdychać tak samo, jak dawniej,
złożone ohydną zarazą lub w boju o nic.
W wigilię spełnienia, szóstego dnia, duch wcieli się
w dziwkę najmłodszą i najpiękniejszą na Ziemi.
Zawoła mnie tajemnym imieniem – zaklęciem.
Skinie na mnie, a ja tam będę,
choćby w lochu albo w kościele,
w masce Herberta lub Miłosza.
Oddech przed śmiercią, krok przed nią.
Kontemplując własną przeszłość,
niknąc, rozpływając się, igrając ze zbawieniem
nim nowy dzień wstanie beze mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz