Czytam kōan jedno za drugim,
by się uczyć, ale niczego nie
rozumiem.
Tradycyjne wartości nie liczą
się dla mnie.
Tylko rozedrgane i rozełkane
wnętrze,
ten niepokój, ta samotność,
to co we mnie
i to co obok, pobudzające i
ostateczne.
Na dobro ambon i szklanych
ekranów
nie zwracam uwagi, realne zło
mnie nie przeraża,
gwałcona prawda i
sprawiedliwość, sztuka
niewolnica reklamy nie budzą
mojego współczucia.
Ważne są tylko
godziny zapomnienia
przygotowywane miesiącami
i orgazmy trwające ułamki
sekund, chociaż okupione są
morderczym wysiłkiem i
dziwnie podobne do śmierci,
przeżywam je chętnie, sycąc
się ludzkim wstrętem,
pasąc lękiem i obrzydzeniem.
Jestem potworem pożerającym
czas teraźniejszy.
Jestem potworem pożerającym
piękno.
Kiedyś byłem inny lecz
dojrzałem,
łatwowierność i nadzieja,
ofiary mojego głodu
opuściły mnie. Z wiekiem
nienawiść zajęła ich miejsce
lecz czas dobiega już końca,
pewność wyzwolenia – zemsta
jest blisko.
Z łajna minionych stuleci
ktoś wkrótce ulepi
wszystkich żyjących przede
mną.
Tysiące proroków nawiedzą
świat.
Dzieci niepokalanie poczęte
rodzić się będą na gnoju
legionami
i zdychać tak samo, jak
dawniej,
złożone ohydną zarazą lub w
boju o nic.
W wigilię spełnienia,
szóstego dnia, duch wcieli się
w dziwkę najmłodszą i
najpiękniejszą na Ziemi.
Zawoła mnie tajemnym imieniem
– zaklęciem.
Skinie na mnie, a ja tam będę,
choćby w lochu albo w kościele,
w masce Herberta lub Miłosza.
Oddech przed śmiercią, krok
przed nią.
Kontemplując własną
przeszłość,
niknąc, rozpływając się,
igrając ze zbawieniem
nim nowy dzień wstanie beze
mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz