sobota, 30 marca 2013


Słodkie gody i słodsze jeszcze spółkowanie,
a potem weselne przyjęcie Pod księżycami.
Grosz rzucony na szczęście do fontanny.
Wódka pita w nadmiarze, szynka i słodycze.

Czyjś ojciec umierał wtedy powoli,
komuś dziecko musiało się zatem rodzić,
a ja, głosem niedoskonałym, śpiewałem arie
z oper wyimaginowanych, o czarnym aksamicie,
białym jedwabiu i krwi na nim…

To wszystko już było, już setki razy się powtórzyło,
identyczne historie nikogo nie nudziły i nie zdumiewały.
W domu wczorajszego i dzisiejszego dnia
nowe jutro już czekało.
W domu dobra i zła bóg przymierzał nową twarz,
w zanadrzu miał najnowszą wersję prawdy,
ewangelię. Dobrych nowin więcej i bredni.

Nie czekam na nic, kiedyś czekałem.

Przyznaję, życie dawało mi satysfakcję,
ale nie sądzę by mogło dać więcej,
chyba, że mógłbym zapomnieć
przeszłość i zacząć od nowa.

Czuję nadciągający zmrok, dostrzegam
ostatnie drzwi za skłębioną zasłoną z żółtych motyli.
Dywan z miliona dolarów na schodach,
gotowe na wszystko dziewczyny po bokach
i głos znikąd, mówiący: ciało to mięso,
przedmiot rzucający cień, powłoka, której wnętrza nie widać.
I to miejsce nieznane, takim dla ciebie zostanie!
Biegnij lub tańcz, lub kochaj się znów godzinami,
wtedy może pozwolę ci wszystko wyrazić,
ale nie dzisiaj, nie tutaj, nie słowami.

Lato mi umknęło i jesień za nim,
w korowodach, festiwalach, karnawałach,
wszystko zapomniałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz