Słodkie gody i słodsze
jeszcze spółkowanie,
a potem weselne przyjęcie Pod księżycami.
Grosz rzucony na szczęście do
fontanny.
Wódka pita w nadmiarze, szynka
i słodycze.
Czyjś ojciec umierał wtedy
powoli,
komuś dziecko musiało się
zatem rodzić,
a ja, głosem niedoskonałym,
śpiewałem arie
z oper wyimaginowanych, o
czarnym aksamicie,
białym jedwabiu i krwi na nim…
To wszystko już było, już
setki razy się powtórzyło,
identyczne historie nikogo
nie nudziły i nie zdumiewały.
W domu wczorajszego i
dzisiejszego dnia
nowe jutro już czekało.
W domu dobra i zła bóg
przymierzał nową twarz,
w zanadrzu miał najnowszą
wersję prawdy,
ewangelię. Dobrych nowin
więcej i bredni.
Nie czekam na nic, kiedyś
czekałem.
Przyznaję, życie dawało mi
satysfakcję,
ale nie sądzę by mogło dać
więcej,
chyba, że mógłbym zapomnieć
przeszłość i zacząć od nowa.
Czuję nadciągający zmrok,
dostrzegam
ostatnie drzwi za skłębioną
zasłoną z żółtych motyli.
Dywan z miliona dolarów na
schodach,
gotowe na wszystko dziewczyny
po bokach
i głos znikąd, mówiący:
ciało to mięso,
przedmiot rzucający cień, powłoka,
której wnętrza nie widać.
I to miejsce nieznane, takim
dla ciebie zostanie!
Biegnij lub tańcz, lub kochaj
się znów godzinami,
wtedy może pozwolę ci
wszystko wyrazić,
ale nie dzisiaj, nie tutaj,
nie słowami.
Lato mi umknęło i jesień za
nim,
w korowodach, festiwalach,
karnawałach,
wszystko zapomniałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz