W niedzielę wstałem wcześnie
rano.
Śniadanie zjadłem w
całodobowym barze Żagiel,
zapamiętanym jeszcze z czasów
wędrówek z Rafałem.
Po śniadaniu usiadłem w kącie
z mocnym piwem w dłoni,
z butelką wódki zamówioną na
zapas,
z muzyką Herbiego Hancocka w
głowie
i najbrzydszą dziwką u boku.
Upiję się i będę miał noc za
dnia,
pełną toastów za tych, którym
się nie udało.
Chciałem być śpiewakiem w
operze
lub tancerzem w wielkim
balecie albo
chociaż malarzem fresków w
katedrze,
ale żadnego talentu nie dostałem.
Dziś nic prócz snów nie zostało
mi z tamtych planów.
Naprawdę nic. Tylko koszmary budzące
mnie nad ranem…
To nie jest życie, to produkt
zastępczy,
coś w zamian lub na
podobieństwo,
a ja chcę tworzyć lub umrzeć,
teraz!
Nic pośredniego mnie nie
interesuje.
Dłużej nie zniosę już tego
głodu.
Dziś nawet orgazm w ustach Loli
klęczącej pod stołem za
pieniądze
nie pocieszy mnie. A jutro,
gdy
będę trzeźwiał, walcząc z
bólem głowy,
wciąż będę czekał na
zwiastowanie.
Bardzo cierpliwie, ale jeśli
daremnie,
to całe piękno umrze przede
mną.
Przysięgam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz