sobota, 30 marca 2013


W niedzielę wstałem wcześnie rano.
Śniadanie zjadłem w całodobowym barze Żagiel,
zapamiętanym jeszcze z czasów wędrówek z Rafałem.

Po śniadaniu usiadłem w kącie
z mocnym piwem w dłoni,
z butelką wódki zamówioną na zapas,
z muzyką Herbiego Hancocka w głowie
i najbrzydszą dziwką u boku.
Upiję się i będę miał noc za dnia,
pełną toastów za tych, którym się nie udało.

Chciałem być śpiewakiem w operze
lub tancerzem w wielkim balecie albo
chociaż malarzem fresków w katedrze,
ale żadnego talentu nie dostałem.
Dziś nic prócz snów nie zostało mi z tamtych planów.
Naprawdę nic. Tylko koszmary budzące mnie nad ranem…

To nie jest życie, to produkt zastępczy,
coś w zamian lub na podobieństwo,
a ja chcę tworzyć lub umrzeć, teraz!
Nic pośredniego mnie nie interesuje.
Dłużej nie zniosę już tego głodu.

Dziś nawet orgazm w ustach Loli
klęczącej pod stołem za pieniądze
nie pocieszy mnie. A jutro, gdy
będę trzeźwiał, walcząc z bólem głowy,
wciąż będę czekał na zwiastowanie.
Bardzo cierpliwie, ale jeśli daremnie,
to całe piękno umrze przede mną.
Przysięgam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz