Obecność boga lub innego
potwora zmusi mnie
któregoś dnia do
wypowiedzenia na głos
imienia, które noszę, i
którego nie znam
bo można je wyczytać tylko ze
znaków zostawionych
przez przodków na drodze ku
nieboskłonom,
a ja chyba zabłądziłem i idę
drogą bez drogowskazów,
na której nikt nie zostawił
nawet śladów stóp.
Właściwie mógłbym zawrócić i
zacząć od nowa,
bo źródła mojego życie kipią
jeszcze,
ale nie mam pewności czy
zdążę nim zejdą pod ziemię
razem z moimi rodzicami, by kochać
mnie bardziej jeszcze
i wzywać do siebie, być może
z nieba podziemi.
Muszę iść w nieznane tak
długo i tak daleko
aż znajdę kompana
nieskończoności,
który upije mnie lub
zaczaruje wizją albo rozkoszą
bo tylko tak mogę zacząć
naprawdę.
Pijany lub zaczarowany, nic
sobie robiąc
z obecności boga albo potwora.
Nie próbując rozpoznawać tego
co mnie opuści,
gdy krzyknę – alleluja jestem
wolny!
Nie nazywając tych uczuć,
które owładną mną,
gdy będę już pewien, że
jestem wszędzie,
że
jestem wieczny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz