sobota, 30 marca 2013


Gruby ostrzega – to nie miejsce dla poety.
Nie czas dla kogoś młodego.
Powinieneś uciec nim szaleństwo
przybliży cię do mnie.
Tacy jak ty są moim pożywieniem.

Wybucham śmiechem – Gruby, czy to właśnie ty
chcesz podać mi rękę w ostatniej drodze?
Ty chcesz być moim przewodnikiem w krainie spokoju?

Jeśli teraz odejdziesz - to ja będę,
ja pójdę przed tobą, ja oświetlę ci drogę.
Lecz jeśli znasz jakiś powód do życia,
to możesz zostać w krainie upokorzeń
i udawać, że nie wiesz co ci zgotowano...

...złe uczyni cię niewolnikiem.
Zaczniesz płacić za przyjemności i podniety,
czołgając się ku nim i nie widząc celu.
Będziesz wiecznie tęsknił, nie wiedząc do czego.
Będziesz ciągle kochał nieistniejące kobiety.
Będziesz bez przerwy pragnął niemożliwego.
Będziesz błagał o natchnienie, nie czując niczego.
U kolan najgorszej kurwy nie jeden raz
będziesz się modlił lub odprawiał spowiedź.
Sprzedajny klecha da ci nawet rozgrzeszenie,
łudząc cię, że to coś zmieni, ale nic z tego!
Wtedy już wszystko będzie przesądzone.
Staniesz się podobny do mnie.
Pożresz samego siebie.
Pożresz swoją codzienność.
I nie przestaniesz być głodny,
a to będzie dopiero początek.
Na końcu nie będzie nikogo,
kto czekał by z pomocną dłonią
i w otchłań wejdziesz samotnie.



Lubisz sobie wyobrażać co ja poczuję,
gdy zapłaczesz lub zachorujesz.
Gdy urodzisz mi dzieci lub umrzesz.
Chcesz być szczęśliwa. Chcesz żebym cię kochał
i krzyczysz że ostre krawędzie mojego serca cię ranią.
To dobrze, że boli, to wspaniale, że krwią znaczysz
swój ślad i nieszczęściem.
Szczęśliwa niczego stworzysz,
a tak namalujesz kolejny obraz przedstawiający
deszcz lub płacz, wiatr lub strach.
We wszystkich kolorach lecz w czerni.
A może zrobisz to dla mnie wreszcie,
będziesz najpiękniejsza na świecie?


Słodkie gody i słodsze jeszcze spółkowanie,
a potem weselne przyjęcie Pod księżycami.
Grosz rzucony na szczęście do fontanny.
Wódka pita w nadmiarze, szynka i słodycze.

Czyjś ojciec umierał wtedy powoli,
komuś dziecko musiało się zatem rodzić,
a ja, głosem niedoskonałym, śpiewałem arie
z oper wyimaginowanych, o czarnym aksamicie,
białym jedwabiu i krwi na nim…

To wszystko już było, już setki razy się powtórzyło,
identyczne historie nikogo nie nudziły i nie zdumiewały.
W domu wczorajszego i dzisiejszego dnia
nowe jutro już czekało.
W domu dobra i zła bóg przymierzał nową twarz,
w zanadrzu miał najnowszą wersję prawdy,
ewangelię. Dobrych nowin więcej i bredni.

Nie czekam na nic, kiedyś czekałem.

Przyznaję, życie dawało mi satysfakcję,
ale nie sądzę by mogło dać więcej,
chyba, że mógłbym zapomnieć
przeszłość i zacząć od nowa.

Czuję nadciągający zmrok, dostrzegam
ostatnie drzwi za skłębioną zasłoną z żółtych motyli.
Dywan z miliona dolarów na schodach,
gotowe na wszystko dziewczyny po bokach
i głos znikąd, mówiący: ciało to mięso,
przedmiot rzucający cień, powłoka, której wnętrza nie widać.
I to miejsce nieznane, takim dla ciebie zostanie!
Biegnij lub tańcz, lub kochaj się znów godzinami,
wtedy może pozwolę ci wszystko wyrazić,
ale nie dzisiaj, nie tutaj, nie słowami.

Lato mi umknęło i jesień za nim,
w korowodach, festiwalach, karnawałach,
wszystko zapomniałem.


Kiedyś miasto przestanie mnie nęcić.
Kobiety kiedyś przestaną mnie zadowalać,
koka sycić, wódka koić. Kiedyś strach
przed śmiercią nie pozwoli mi już zasnąć.

Wtedy zacznę się modlić po swojemu.
Nową metodą w kolejnym milenium,
Kłamstwem, przekleństwem, zdradą.

Ten, który czeka na moje modlitwy
usłyszy i przyjdzie, przyniesie światło.
Nie będzie przyjacielem znanych bogów,
raczej ich wrogiem i następcą.
Pokręci się trochę, tu i tam,
wprowadzi nowe porządki,
przeprowadzi sąd.

A potem zabierze mnie ze sobą.
Dokąd ? Nie wiem, ale będę tam,
gdy i ty przybędziesz,
gdy krok postąpisz za daleko.


Przysyłasz mi bracie list z innej planety,
zza morza, z Los Angeles po drugiej stronie telewizora.
Piszesz, że już nie wrócisz do domu,
bo znalazłeś ogród – mieszkanie pana boga.
Spełniają się wszystkie twoje pragnienia
i jesteś już pewien zbawienia.
No cóż zapewne kalifornijski bóg
różni się znacznie od mazowieckiego
więc zbawienie w Hollywood musi być
czym innym niż na Grochowie.
Czyżby tam winni nie ponosili kary?
Bo tu widzisz nikt nie zaznaje spokoju.
Nawet sprawiedliwi nie dostają nagrody…

Nagle przychodzi ten dzień, kiedy zostają tylko gołe ręce
i rozpaczliwa modlitwa niewierzącego, a ta pochopnie
w młodości złożona przysięga, że wytrwam,
że się temu lękowi nie poddam i dojdę do celu
jest tylko źródłem dodatkowego cierpienia.

Blizny jaśnieją.
Czerń staje się ciemniejsza,
to nie poezja, to rockowa piosenka.
Dla niewinnej Martyny,
dla Wolfa i ołowianej kuli,
która wyszła mu na spotkanie,
dla Janka Bajeranta i dwustu
mechanicznych koni, które go stratowały,
dla Magdaleny, która nigdy nie istniała…

Zostań bracie w Hollywood,
daj się po amerykańsku zbawić.
Nie wracaj, bo widzisz, tu nie ma
miejsca dla mięczaków.


Czytam kōan jedno za drugim,
by się uczyć, ale niczego nie rozumiem.
Tradycyjne wartości nie liczą się dla mnie.
Tylko rozedrgane i rozełkane wnętrze,
ten niepokój, ta samotność, to co we mnie
i to co obok, pobudzające i ostateczne.
Na dobro ambon i szklanych ekranów
nie zwracam uwagi, realne zło mnie nie przeraża,
gwałcona prawda i sprawiedliwość, sztuka
niewolnica reklamy nie budzą mojego współczucia.
Ważne są tylko
godziny zapomnienia przygotowywane miesiącami
i orgazmy trwające ułamki sekund, chociaż okupione są
morderczym wysiłkiem i dziwnie podobne do śmierci,
przeżywam je chętnie, sycąc się ludzkim wstrętem,
pasąc lękiem i obrzydzeniem.
Jestem potworem pożerającym czas teraźniejszy.
Jestem potworem pożerającym piękno.
Kiedyś byłem inny lecz dojrzałem,
łatwowierność i nadzieja, ofiary mojego głodu
opuściły mnie. Z wiekiem nienawiść zajęła ich miejsce
lecz czas dobiega już końca,
pewność wyzwolenia – zemsta jest blisko.
Z łajna minionych stuleci ktoś wkrótce ulepi
wszystkich żyjących przede mną.
Tysiące proroków nawiedzą świat.
Dzieci niepokalanie poczęte
rodzić się będą na gnoju legionami
i zdychać tak samo, jak dawniej,
złożone ohydną zarazą lub w boju o nic.
W wigilię spełnienia, szóstego dnia, duch wcieli się
w dziwkę najmłodszą i najpiękniejszą na Ziemi.
Zawoła mnie tajemnym imieniem – zaklęciem.
Skinie na mnie, a ja tam będę,
choćby w lochu albo w kościele,
w masce Herberta lub Miłosza.
Oddech przed śmiercią, krok przed nią.
Kontemplując własną przeszłość,
niknąc, rozpływając się, igrając ze zbawieniem
nim nowy dzień wstanie beze mnie.


Mogłem trwać w bladym świetle tamtej strony
miliony lat. Mogłem spać, być wiecznym embrionem
i nie narodzić się wcale, a ja, chociaż się bałem,
zacząłem, by się działo. Wiedząc, że będzie bolało,
i że musi się skończyć wiecznością otchłani,
wyszedłem na wiatr.

Tak się stanie:
przecięte zostaną sznurki w teatrze lalek.
Zostanę rozgrzeszony gorącym ołowiem.
Zostanę nakarmiony piaskiem prawdy.

Myśl o mnie, módl się za mnie,
bo jestem ślepy, głuchy
i pozbawiony wszelkich uczuć.
Uszyj mi strój codzienny do kochania
i paradne ubranie na czas konania.
Pamiętaj, że jesteś moim bratem,
wiecznym piórem wyrwanym
z anielskich łap twojej trzeciej matki.

Pośród jej uczuć poruszamy się ostrożnie.
Manewrujemy z dbałością na drodze pełnej niewiadomych.
Rozpatrujemy wciąż nowe zmienne przestrzenne,
miliardy ich aspektów.  Rozmyślamy o nieubłaganym
upływie czasu i nieskończonej wielowymiarowości
wszelkiego bytowania. Czynimy ważne wybory
lecz one nie mają wpływu na dzień jutrzejszy,
matka i tak umrze.

Pokochaj zatem Annę, bo ona cię kocha
i uwielbia twój taniec, chociażbyś czysto eksperymentalnie
podrygiwał jak w transie w niej zawsze wzbudzasz zachwyt.
Kochaj ją chociaż nikogo to nie obchodzi.
Zaglądaj w jej oczy i mów do niej, bo to ją podnieca.
Czytaj z jej ust gdy udziela ci głośnych instrukcji
jak w nią wchodzić, jak ją lizać, jak ssać jej stopy,
bo ona po orgazmie nie westchnie i nie zaśnie.
Bo ona docenia twoją obecność, wie, że mogłeś zostać
w świetle księżyca, w towarzystwie zielnych żniwiarzy,
że mogłeś żyć w ich cieniu w półmroku,
pomiędzy zbawieniem, a własnym początkiem. 
Kochaj Annę, bo to ona jest tym tygrysem,
co skoczył w Nowy Rok przez rwący nurt potoku wydarzeń.
Bo ona dotknięta szaleństwem lub odwagą będzie trwać przy tobie.

Mógłbyś zrobić coś dla niej,
mógłbyś zabić ten świat albo mógłbyś zabić się sam.
Rozwikłałbyś jej problemy, dał wytchnienie,
nastałoby królestwo złego lub dobrego pana,
wszystko jedno, bo ci, co zostaną zapomną przeszłość
i czas zaczną liczyć od nowa.

Anna grywa dla ciebie na fortepianie niemal codziennie.
Śpiewa lub ukradkiem płacze, patrząc jak tańczysz dla niej
i wie co musi się zdarzyć gdy stanę w waszych drzwiach.
Rozpoznasz mnie z daleka, zawołasz po imieniu,
weźmiesz w ramiona powracającego,
a ja nie przestanę się modlić za ciebie:
daj mu boże słuch i zdrowie, i zabij tego potwora,
który ściga go we śnie krzycząc, że jest tobą.
I ten twój bóg mnie wysłucha, bo chociaż
marnotrawnym jestem, to kochanym synem
odważnych ludzi, którzy wyszli na wiatr i wytrwali,
dając mi tym samym duszę.


Dam ci chwilę tortur zamiast czułości,
bat zamiast pieszczot.
Wezmę kroplę krwi z twoich pleców
w dowód miłości.

Bij mnie i pozwól krzyczeć.
Krzyk każe mi głęboko oddychać.
Zmuś mnie do płaczu,
płacz jest jedną z oznak życia.

Nie zamykaj się w ciszy,
nie nazywaj ciszy muzyką,
nie przekonuj mnie, że lubisz taką muzykę,
nie można lubić ciszy za życia.

Uwolnijmy się nawzajem.
Z wilgotnej skóry w niecodzienność,
prawdziwy wzorzec istnienia przenieśmy się.
Boga przeciwieństw i rozstajów przywołajmy.
Duchy nastrojów twoich i moich Magdaleno,
nasze demony niech mącą powietrze i wodę.

Wspinaj się ze mną!
Żegluj szukając najwyższej fali!
Błądź bez celu,
cel jest niczym – ruch jest wszystkim!

Chodzenie po linie jest życiem,
reszta jest czekaniem.


Domagasz się bym cię zadowolił i zapłodnił.
Chcesz by syn się nam wkrótce urodził,
ale ja jestem marzycielem, nie ojcem
i dom nasz wypełniam snami,
nie dziecięcych stóp tupotem.
Rozwieszam ślepe lustra na każdej ścianie.
Ty, poetka nie lubisz luster,
ale uwielbiasz odbijać się w nich,
poddawać recenzji urodę twych westchnień.
Robisz co tylko zechcę, gdy moje lustra
chwalą twoją sukienkę. Kochasz mnie
i doszukujesz się więzi między nami
w kosmicznych prawidłowościach, w ruchach planet,
we wpływie bliźniąt na skorpiona, w naturze barana
lecz jedyne co nas łączy należy do mnie.
Mam to zawsze przy sobie, między nogami
i jak iluzjonista czynię to twardym w tych rzadkich chwilach,
gdy zstępujesz z okładek gazet i jesteśmy razem.
Stary świat umiera gdy otwierasz usta.
Nowy nadchodzi gdy zanurzam się w tobie.
Nasza rozmowa i nasze spółkowanie mają
wymiar rytualny, jakbyśmy składali ofiary,
dajemy sobie dowody miłości zamiast niej samej.
Mnie to nie obchodzi, a ty zapewne stworzysz
poemat o sztuce zabijania z miłości
lub metaforyczną pieśń o seksie
uprawianym za pomocą ząbkowanego noża.
Potem wyczerpana pójdziesz na spacer do parku.
To bardzo dobre miejsce dla ciebie, bo ten park
świetnych poetów, zawiedzionych kochanek,
grubych nastolatków, ich psów
i frisbee – latających talerzy jest pełen.
A kiedy nocą znów staniesz w drzwiach,
ja kolejny raz będę próbował pierwszą
płytę Davisa zmieszać z gadaniem czuringi,
by złowić magię w sidła z brzmień galaktyki
i ten stan umysłu – moje wczoraj przywrócić
żeby mieć nieskończoną ilość czasu przed sobą


Trzydzieści lat temu zostałem przeklęty lub pobłogosławiony
bezpieczeństwem i świętym spokojem telewizora.
Zostałem wyzwolony od pragnień i niepokojów.
Mogłem patrzeć na życie do woli,
mogłem nawet czuć się naprawdę wolnym,
jak prawdziwy mężczyzna – w czasie relacji z wojen,
ale zobojętniałem, zapomniałem swojej mowy,
talenty pomarły, gdy przestałem je karmić,
a na domiar, coś dziwnego we mnie urosło
i zaczęło żyć własnym życiem.

Właśnie dlatego położę się w ziemi,
by mieć czas na poznanie tego co mam w środku,
a gdy już nie będzie żadnych wątpliwości,
wyspowiadam się na zielonej skórzanej leżance.
To zawsze w cudowny sposób przywraca początek
i można raz jeszcze podjąć trud narodzin,
pamiętając, że ich ból to nie metafora,
a śmierć oczekująca u matczynego wezgłowia
to nie przenośnia.

Wiek dziecięcy zaczyna się i kończy w mgnieniu oka,
potem smuga cienia – wiek dorosłości.
W historii Ziemi kolejne tysiąclecie dobiega już końca.
Planety zamieniają się miejscami.
Bóg mieszka w dyskotece.
Kapłani mówiący językiem rave
obiecują w jego imieniu, że coś się wreszcie zmieni,
że teraz nie intelekt, nie praca ani szczęście,
a stalowe maszyny wypełnione krzemem,
czynić nas będą nieśmiertelnymi.

Ja w łomocie muzyki słyszę zwiastowanie.
Czuję, że zbliża się sąd nad szaleństwem
i wiem, że wcześniej jeszcze z mojej opowieści wyjdzie prorok,
nastoletnia gwiazda porno i filozof, wodnik we własnej osobie,
a po nim przyszły ojciec wszystkiego dobrego – następny zbawiciel.

Dla spójności rzeczywistego świata
będzie chyba lepiej gdy teraz wyjdę na scenę
i odegram wreszcie to przedstawienie, do którego mnie powołano,
arcydzieło pod wiele mówiącym tytułem:
“Ajatollah samotności umiera lecz przedtem zamierza,
wszem i wobec wyjawić prawdziwy sens istnienia”.
Pokażę jak włosy mi posiwieją, skóra zwiotczeje,
brzuch się powiększy, a członek zmięknie i zmaleje.
Starość przyjdzie i przeminę, cisza zakończy wszystko,
także skomlenie o jeszcze jedną szansę na spełnienie.




Źle ci życzę,
chociaż jeszcze wczoraj byłeś mi mistrzem i bratem.
Byłeś magiem, szamanem nocnych barów.
Twoje wizje prowadziły mnie przez życiowe mielizny,
twój bełkot był mi nauka i poezją.

Zawiodłeś mnie!
Nie ziściło się nic z tego, co mi wróżyłeś.
Nie zmaterializowało się nic z tego,
co obiecywałeś dla mnie stworzyć.

Tylko łańcuchy, które mnie spętały są realne.
Mówisz wprawdzie, że możesz mnie uwolnić
kiedy poproszę lub gdy będę głodny.
Możesz nawet kochać się ze mną, by zrobić mi przyjemność...

Nienawidzę cię!
Wolę walczyć niż kochać się.
Wolę się bić niż jeść.
Wolę próbować ci dołożyć nim skonam,
zgnieciony w twoich dłoniach jak robak.

Moja śmierć powie ci, że wszystko co żyje umiera.
Zapamiętasz to przesłanie bo taką masz pamięć.
I nigdy już nic nie ukoi tego niepokoju, który
obudzi się w tobie nim jeszcze zmyjesz z dłoni
lepką ziemię z głębi mego grobu.

Ostatecznie zwyciężę.


Kiedy dawna przyjaciółka mojej duszy – Ola
zapytała mnie, czy po ósmym piwie
moje siki też są przezroczyste? Odparłem, że
owszem, bo taka jest przecież kolej rzeczy.
A gdy później spytała czy pamiętam jeszcze
tę chwilę kiedy na ścianie objawień
napisała, że gdy słucha Lennona, to płacze?
Odpowiedziałem, że tak, bo takie właśnie,
jest pamiętanie. Na zawsze zostawia obrazy jak ten
lub Smacha palącego trawkę w śliwkowym sadzie,
Katarzynę wsiadającą do pociągu na dworcu w Lublinie,
rudą pianistkę grającą w Belfaście tylko dla mnie
albo panią od matematyki w szóstej klasie,
która na wieść, że chcę być strażakiem,
roześmiała się i powiedziała – nie!
Ty, Bieniek będziesz nikim!
No może artystą albo pijakiem.


Skąd znam przeszłość skrzypiec, ich imię i zapach róży
której uschnięte płatki spadają na głowy wiernych
spod posągu madonny w kościele?
Dlaczego bez trudu zgaduję przyszłość
chociaż nie umiem wróżyć i nie czytam w kryształowej kuli?
Nie jestem waszym krewnym więc dlaczego
znam również teraźniejszość każdego z was?
Kim jestem jeżeli muzyka mówi do mnie wierszem,
a głód mnie podnieca, szczególnie ciągły głód demona,
który urodził się ze mną i we mnie mieszka?
Gdybym nazwał go po imieniu, byłbym wolny na zawsze,
to pewne. Kim jestem jeśli o tym wiem, a nie znam tego imienia?
Czemu jest dla mnie jasne, że tylko nie szukając odpowiedzi
mogę je znaleźć? Skąd wiem, że nie znając celu
nie błądzę i wszystkie drogi mnie TAM prowadzą?
I dlaczego jestem pewien, że TAM, u kresu tych dróg, dostanę
to, w co wierzę, dokładnie na moją miarę przygotowane
zbawienie?


Herbata, kawa, amfetamina i cygaro
przygotowane czekają by nieść mi pomoc
w przetrwaniu nocy, aż rano mój cień powróci
i położy się przy mnie na ziemi,
jak wierne zwierzę, jak strażnik istnienia.

Łatwą drogę do wolności poznałem
w dniu, gdy na dworcu centralnym
spotkałem czarownika, który
zaproponował, że w zamian za uśmiech
zmieni dla mnie pogodę
i nie zmoknę w drodze do domu.
Za odrobinę czułości chciał zaczarować mnie
tak żebym już nigdy nikogo nie kochał.
Za pocałunek mógł uwolnić mnie od żądzy,
a za porządne dymanie zaoferował,
że pozbawi mnie trosk na zawsze
i znajdzie dla mnie przytulne miejsce
w suchej brunatnej ziemi, ale oszukał mnie,
a może nie był aż tak dobrym czarodziejem.


Obecność boga lub innego potwora zmusi mnie
któregoś dnia do wypowiedzenia na głos
imienia, które noszę, i którego nie znam
bo można je wyczytać tylko ze znaków zostawionych
przez przodków na drodze ku nieboskłonom,
a ja chyba zabłądziłem i idę drogą bez drogowskazów,
na której nikt nie zostawił nawet śladów stóp.

Właściwie mógłbym zawrócić i zacząć od nowa,
bo źródła mojego życie kipią jeszcze,
ale nie mam pewności czy zdążę nim zejdą pod ziemię
razem z moimi rodzicami, by kochać mnie bardziej jeszcze
i wzywać do siebie, być może z nieba podziemi.

Muszę iść w nieznane tak długo i tak daleko
aż znajdę kompana nieskończoności,
który upije mnie lub zaczaruje wizją albo rozkoszą
bo tylko tak mogę zacząć naprawdę.
Pijany lub zaczarowany, nic sobie robiąc
z obecności boga albo potwora.
Nie próbując rozpoznawać tego co mnie opuści,
gdy krzyknę – alleluja jestem wolny!
Nie nazywając tych uczuć, które owładną mną,
gdy będę już pewien, że jestem wszędzie,
                                     że jestem wieczny.


Kochałem płytko i nieszczęśliwie, ostatnio dziką Dolores ,
a po niej zachłanną Jolę, która odarła mnie ze skóry i złudzeń,
lecz na dzisiejszym balu moje kochanie uległo zmianie,
bo piękna i krucha Magdalena mnie wybrała.
- Weź mnie w ramiona – powiedziała.
- Weź jak do grobu – wyszeptała – wyzwól mnie.

Pierwszy pocałunek smakował jak krew.
- Witaj w dekadzie szaleństwa! – mówiła oplatając mnie udami.
- Witaj w wieku nienasycenia – odpowiadałem poddając się burzy.

Teraz spokojniejsi choć nadal głodni wyznajemy sobie miłość.
Gdy odejdę pierwsza – mówi Magdalena – zostawię ci moje ciało,
jeżeli zechcesz wciągniesz je na siebie jak płaszcz wczesną jesienią.

Nie zamykaj mi oczu gdy umrę przed tobą – odpowiadam.
Niech niebo odbija się w nich i chmury niech mącą błękit i zieleń
zanim płomienie zamienią mnie w dym,
zanim ulecę by zmieszać się z powietrzem,
by być w każdym twoim oddechu.


W niedzielę wstałem wcześnie rano.
Śniadanie zjadłem w całodobowym barze Żagiel,
zapamiętanym jeszcze z czasów wędrówek z Rafałem.

Po śniadaniu usiadłem w kącie
z mocnym piwem w dłoni,
z butelką wódki zamówioną na zapas,
z muzyką Herbiego Hancocka w głowie
i najbrzydszą dziwką u boku.
Upiję się i będę miał noc za dnia,
pełną toastów za tych, którym się nie udało.

Chciałem być śpiewakiem w operze
lub tancerzem w wielkim balecie albo
chociaż malarzem fresków w katedrze,
ale żadnego talentu nie dostałem.
Dziś nic prócz snów nie zostało mi z tamtych planów.
Naprawdę nic. Tylko koszmary budzące mnie nad ranem…

To nie jest życie, to produkt zastępczy,
coś w zamian lub na podobieństwo,
a ja chcę tworzyć lub umrzeć, teraz!
Nic pośredniego mnie nie interesuje.
Dłużej nie zniosę już tego głodu.

Dziś nawet orgazm w ustach Loli
klęczącej pod stołem za pieniądze
nie pocieszy mnie. A jutro, gdy
będę trzeźwiał, walcząc z bólem głowy,
wciąż będę czekał na zwiastowanie.
Bardzo cierpliwie, ale jeśli daremnie,
to całe piękno umrze przede mną.
Przysięgam


Urodziłem się w 1901 i już od dnia narodzin
było mi sądzone, że pierwsze życie oddam w okopach
nad Sommą w czasie wielkiej wojny o sprawy panujących dynastii.
W imię jedynego boga, za ukochaną ojczyznę i cały naród.
Mój koniec miał być marny, jednak w chwili śmierci
przystanął przy mnie ten, co w wiecznej trwa opozycji
i w zamian za pocałunek w dupę obdarzył mnie skrzydłami.
Pozwolił żyć jeszcze, dał powołanie i władzę nad potworami,
zwrócił mi ziemię pod nogami bym ruszył na antykrucjatę.
I w świetle dnia stałem się kształtem jego,
bo on sam w sobie żadnego kształtu nie ma.

Na początek w 1917 zgwałciłem kilkoro pastuszków
w Portugalii i pośród zamętu, wraz z wielkim cierpieniem,
dałem im posłanie mego mistrza by je głosili przed światem.
Potem gwałciłem już tylko święte, wszystkie prócz Matki Teresy,
która umarła szczęśliwa nim wpadła mi w ręce, ale udało mi się
wbić osikowy kołek w jej piersi więc nie podniesie się więcej.

Deszcz pewnie pada jeszcze na zgliszcza Mediugorje, które
zostawiłem za sobą, ale ja jestem już na przedmieściach Rzymu.
Dzieci umierają przede mną na poboczu z pragnienia i głodu.
Zwierzęta mdleją w moim zaprzęgu. Kruki nade mną wieszczą
imiona braci moich - Nieurodzaju i Strachu, podążających obok.
Przybyłem wypatroszyć papieża na oczach gawiedzi.
Wymyślę przy tym rymowane bluźnierstwa by je później
zamienić w sprośną piosenkę - hymn zbuntowanych prostaków,
bezczeszczących symbole wiary w każdą rocznicę tej rzezi.
Będę się dobrze bawił. Prawie tak jak wczoraj w Medynie
gdy na grób proroka srałem i spermą tryskałem w ekstazie.

Moja siostra Rewolucja jest jak zawsze u mego boku
bo kocha mnie i barbarzyńców przeze mnie wychowanych.
Uwielbia patrzeć jak obdzierają ludzi ze skóry,
palą ich miasta, dzieła ich sztuki, ich biblioteki i ołtarze.
I chociaż ona sama potrafi zamieniać trucizny w eliksir życia,
to zachwyca ją ogień i goła ziemia którą zostawiam za sobą.
Wdycha woń spalenizny, mruży oczy i wzdycha zadowolona.
Wsuwając mi rękę w rozporek szepcze wprost do mojego ucha,
że nic innego tak jej nie podnieca jak śmierć wszelkiego Piękna.
A ja jestem pewien, że będzie ona jeszcze bardziej pobudzona,
gdy wypierdolę ją na zwłokach ziemskiego namiestnika boga, bo nic
tak nie rajcuje Złego jak chwila, gdy Dobro zaraz po Pięknie umiera.


Za trzydzieści trzy minuty będzie godzina piąta.
Łuna na niebie, to wschód słońca nad Maską,
knajpą w starym porcie, gdzie próbuję od wczoraj,
siedząc pod kolorowym parasolem nad samą wodą,
zapić obezwładniający mnie lęk przed przyszłością.
Kumple posnęli już zmęczeni emocjami i piwem.
Łatwe panienki, które z nami przyszły też drzemią.
Komety na mlecznej drodze niezauważone minęły Ziemię.
Doktor Faust zniknął we mgle znudzony mną.
Na odchodnym powiedział mi jeszcze, że
muszę nauczyć się ludzkiej mowy bo
języka, którym mówię nikt nie rozumie
i nie jest to mowa aniołów, a zwierzęcy skowyt.
Zostałem sam bez pocieszenia i pocieszyciela.
Bóg wzywany po stokroć milczał dostarczając
kolejnego dowodu na niemożliwość zbawienia.
Jeszcze nie jestem senny. Drżąc trochę z chłodu
tulę do siebie kruchą nastoletnią
imitację Magdaleny - niemożliwej miłości.
Ciepło jej ciała i pierwszy promień słońca
przywodzą nieproszone wspomnienia,
a po nich nagłe wyrzuty sumienia, że
zasiewam zepsucie w duszy tego maleństwa
by smakując jej niewinność, wskrzesić dawno
minione uniesienia i uciec przed śmiercią.
By chłonąc zapach jej oddechu nabrać siły,
bo chociaż nie brakuje mi jeszcze energii
żeby intensywnie przeżywać codzienność,
to te brzaski, gdy ostatni zostaję przy stole,
coraz bardziej mnie bolą.


Wczoraj w ruinach prawdziwego środka wszechświata
pojawiła się nieoczekiwanie kropla widzialnej wody
w śladzie mej stopy na strzaskanej mozaice.
A dzisiaj rzeka, która wypływa z rumowiska
ściga mnie przez mój świat pustynię
i wszystko czego dotyka ożywia, nawet kamienie.
Całą planetę, o której z takim trudem zapomniałem.
Ptaki nieme do wczoraj wrzeszczą przeraźliwie
atakując moje oczy. Zwierzęta stają mi na drodze,
trawa nagle wyrosła pęta moje stopy.
Poddałbym się gdyby nie przepaść, nad która przebiegam.
Rzeka wpada w nią zmieniając się w wodospad.
Wydaje się, że to już koniec pogoni ale to tylko podstęp,
bo zaraz z wodnego pyłu tworzy się nagość,
a potem twarz i postać, którą straciłem dawno temu.
Cofam się przed nią gdy mówi - pokochaj się ze mną,
wynagrodź mnie orgazmem za bezsenność,
którą przez ciebie cierpię. Daj mi wieczność pieszczot
bo ich głód trawi mnie od dnia, w którym pozwoliłeś
mnie zabić, w którym wydałeś mnie aniołom na pastwę.
Teraz zbudziłam się więc nakarm mnie i wypełnij,
rozlej się we mnie strumieniem. Pozwól mi
żyć jeszcze, chociaż w pamięci lub we śnie…
Obiecywałeś że twoja miłość trwać będzie wiecznie.


Budzę się wcześnie.
Wczorajsza wódka mąci mi jeszcze w głowie.
Nocna koka jeży włos i ciągle dudni w piersiach.
Dzwony i słoneczne plamy na pościeli
każą mi podnieść głowę.
Jest pięknie.

Ale ja budzę się w łańcuchach.
Rozpięty na łóżku na podobieństwo owada,
jakby zaraz na pół mnie miała przerżnąć
srebrna dziewięćset jedenastka.

Zaplanowałem dziś dosiąść pegaza i tworzyć,
lecz to on mnie dosiada,
bo jestem bezbronny w kajdanach…
Gdybym tylko mógł dotrzeć do baru
gdzie mają rozwiązanie więzów,
którymi jestem spętany,
byłbym wolny.